Podziel się

Między innymi strunami

Między stronami

Rating My Music

wtorek, 20 stycznia 2009

wróble grają na banjo (w Chinach i Afryce też)

Na Abigail Washburn natknąłem się podczas szukania w czym to Béla Fleck prócz swoich solowych projektów i płyt nagranych z The Flecktones maczał jeszcze swoje zdolne palce. Fleck bowiem prócz grania na banjo w przedsięwzięciach firmowanych jawnie swoim nazwiskiem produkuje również płyty różnych artystów, czasem gościnnie na nich występując. Tak było z Alison Brown, na której albumie "Fair Weather" z roku 2000 nagrali wspólnie ścieżkę "Leaving Cottondale", nagrodzoną później Grammy w kategorii "najlepszy instrumentalny utwór country"; tak też jest z inną grającą na banjo i śpiewającą dziewczyną, Abigail Washburn. Fleck wyprodukował jej debiutancką solową płytę "Song of a Travelling Daughter" (Nettwerk, 2005) i zagrał na niej w paru utworach. Współpraca ułożyła się na tyle dobrze, że wkrótce zespół Abigail ograniczony został do kwartetu - oprócz dwojga artystów grających na banjo są jeszcze Ben Sollee na wiolonczeli i Casey Driessen na skrzypcach, również występujący na "Song..." - i pod szyldem "Abigail Washburn & The Sparrow Quartet" wydali pod koniec ubiegłego roku fenomenalny krążek, którym tak skrótowo acz szczerze zachwyciłem się w poprzedniej notce.

Płyty Abigail podpadają pod moją ulubioną kategorię, czyli nagrań, których nie sposób skategoryzować - próba wciśnięcia ich w jakąkolwiek szufladkę z konkretną nazwą jest niezmiennie krzywdząca i upraszczająca. Po pierwsze, znajdą się tutaj rzecz jasna utwory pochodzące z tradycji amerykańskiego folku ("Who's Gonna Shoe", "Banjo Picking Girl"). Po drugie, mnóstwo też tu utworów ocierających się o styl, którego wykonawców nazywa się za Atlantykiem "singer-songwriter" - po polsku możnaby powiedzieć "bardowie", gdyby nie fakt, że pod tę kategorię podpadają zarówno Bob Dylan jak i Joni Mitchell, Paul Simon, Joan Baez i Ani DiFranco; do tej drugiej kategorii zaliczyć można "Great Big Wall of China", ale i własne, minimalistyczne (tylko głos - ale jaki! - i banjo) wykonanie "Nobody's Fault But Mine". Są też zaskakujące kompozycje inspirowane muzyką chińską i śpiewane przez Abigail po mandaryńsku (artystka spędziła parę lat w Chinach i od tamtej pory jest zafascynowana tamtejszą kulturą). Sam tytułowy dla pierwszej płyty utwór "Song of a Travelling Daughter" jest parafrazą klasycznego chińskiego wiersza, którego tytuł w angielskim przekładzie brzmi "Song of a Travelling Son". Na "Sparrow Quartet" jest natomiast "Kangding Qingge":



Jakby tego było mało, prawie każdy utwór to bogato zaaranżowana perełka odwołująca się do stylu new acoustic, w którego tworzeniu i redefiniowaniu na początku lat 90' Fleck miał przecież znaczący udział (i w sumie wciąż ma, z każdą kolejną wydaną płytą). I jak zwykle na płytach związanych z tym nurtem zadziwia ogromna energia płynąca z utworów mimo braku jakichkolwiek instrumentów perkusyjnych, i to jak wybrane instrumenty (lub ich grupy) w różnych momentach wymieniają się funkcją sekcji rytmicznej - świetnie słychać to we wspaniałym "Strange Things" z płyty "Sparrow Quartet", najlepszym chyba utworze tego CD, ale też w "A Fuller Wine" z tego samego krążka:



Z ciekawostek warto jeszcze zwrócić uwagę na technikę gry na banjo, stosowaną przez Abigail, zupełnie różną od tego, co robi Béla Fleck. Podczas gdy Fleck używa tzw. "techniki trzech palców", w której struny szarpane są specjalnymi pazurkami zakładanymi na trzy palce prawej ręki, Abigail raczej uderza niż szarpie struny i robi to bezpośrednio za pomocą paznokci (technika "clawhammer"). W efekcie dźwięk banjo Flecka jest krystalicznie czysty, podczas gdy banjo Abigail brzmi bardziej matowo i pełni rolę głównie podkładu rytmicznego - dzięki czemu pomysł zespołu zawierającego 2x banjo, skrzypce i wiolonczelę okazuje się być równie sensowny, co dwie gitary, perkusja i bas.

Skoro już mowa o Flecku, to trzy radosne wiadomości z akustycznej planety.
Po pierwsze, długo oczekiwany projekt - podróż Flecka do Afryki ("Throw Down Your Heart - Béla Fleck takes banjo back to Africa") i związane z tym sesje z udziałem tamtejszych muzyków oraz film kręcony w trakcie tej podróży - stanie się wreszcie dostępny dla szerszej publiczności, i to już w marcu. Film był do tej pory pokazywany tylko na festiwalach filmowych w USA, ale ma wkrótce zostać wydany na DVD - pewnie będzie to jedyna możliwość obejrzenia go w Polsce, chyba że ktoś wpadnie na pomysł ściągnięcia go tu np. na jakiś przegląd filmów dokumentalnych. Co ważniejsze, materiał muzyczny z sesji zorganizowanych w Afryce ukaże się wkrótce na oficjalnej płycie, zatytułowanej - uwaga - "Tales from the Acoustic Planet III: The Africa Sessions". Biorąc pod uwagę dwie poprzednie części "Tales..." można być spokojnym - jak zwykle czekamy na materiał z najwyższej półki.
Pomysł Flecka polegał na tym, by poszukać w Afryce, kolebce banjo, instrumentów mogących być pierwowzorem jego własnego oraz muzyków na nich grających, i znaleźć miejsce dla dzisiejszego banjo w muzyce jego przodków. Już udostępnione fragmenty muzyczne budzą dreszcz na plecach - wygląda na to, że udało mu się całkowicie. Efekt jest tym piękniejszy, że Fleck nie stroi się na gwiazdora, który przyjechał pograć z nieznanymi nikomu muzykami - traktuje ich twórczość i dziedzictwo z głębokim szacunkiem i pokorą i faktycznie, stara się dopasować siebie i swój instrument do zastanej kultury bardziej niż zrobić z nich tło dla swoich wirtuozerskich popisów (o co byłoby łatwo).
Więcej informacji na stronie tego projektu: Throw Down Your Heart - są sample muzyczne i trailer filmu.
Po drugie, szykują się koncerty trio w składzie Béla Fleck, Edgar Meyer i Zakir Hussein, po czym również powstanie płyta, prawdopodobnie na podstawie zarejestrowanych koncertów uzupełnionych materiałem studyjnym. Poprzednio współpraca Flecka i Meyera zaowocowała płytą "Music For Two" (Sony, 2004) - zapisem ich wspólnych tras koncertowych (panowie grają razem już wiele lat i są prywatnie bliskimi przyjaciółmi). Płytą świetną, choć nieco przeintelektualizowaną - istnieje szansa, że w poszerzonym składzie, gdzie artyści nie będą w stanie przewidzieć każdego swojego ruchu, da się tego uniknąć.
Po trzecie, prawie cała ubiegłoroczna trasa koncertowa duetu Flecka z Chickiem Coreą (zahaczyła również o Polskę w ramach JVC Jazz Festival) została zarejestrowana i ma z tego być jakieś wydawnictwo. Panowie nie uzgodnili jeszcze podobno czy wydadzą jeden najlepszy koncert w całości, czy wybiorą po najlepszym wykonaniu każdego z utworów z wszystkich nagranych koncertów - mniejsza z tym, grunt że będzie dobra płyta "na żywo", uzupełniająca świetny CD "Enchantment" (Universal, 2008) tego duetu.
Na koniec ciekawostka: z ostatniego pobytu w Polsce Fleck na swoim blogu nie ma zbyt miłych wspomnień - rozwodzi się głównie nad tym, jak to przytrzasnął sobie palec drzwiami w hotelu. Wspomina również Salę Kongresową i fakt, że dziesięć lat wcześniej występował tam z Flecktonami (Warsaw Summer Jazz Days, bodaj w 1996). Wpis kończy się smutnym stwierdzeniem, że na pytanie Chicka o obecnych na sali bandżystów widownia odpowiedziała głuchą ciszą. Faktycznie, rozejrzałem się - Staśka Wielanka nie było wśród publiczności.

0 komentarze: