Między innymi strunami

Między stronami

Rating My Music

czwartek, 10 czerwca 2010

Filharmonia

W ostatniej klasie podstawówki byłem na jednym z półfinałowych koncertów kończącego się właśnie konkursu chopinowskiego. Była gorąca jesień, zupełnie jak teraz wiosna, a przynajmniej tak ją zapamiętałem. Tego dnia mieli grać faworyci konkursu: amerykanka Gabriela Montero i jeden z późniejszych prawie-zwycięzców, rosjanin Aleksiej Sułtanow a może francuz Philippe Giusiano (obaj otrzymali ex aequo II nagrodę, pierwszej nie przyznano drugi raz z rzędu, Montero była trzecia). Dla mnie zaczynał się właśnie koniec przygody z wykonywaniem muzyki klasycznej - po siedmiu latach gry na fortepianie zaczynałem ostatni rok nauki i nawet jeśli nie wiedziałem tego na pewno, to przeczuwałem już w kościach, że to nie moja ścieżka.

Tymczasem moja pani profesor od fortepianu wyciągnęła nas - grupę swoich uczniów - któregoś gorącego, październikowego dnia ze szkoły i zaprowadziła do Filharmonii. Między lekcjami wszyscy oczywiście gadali o konkursie, każdy miał swoje typy, choć przecież większość z nas słyszała co najwyżej kawałki wykonań w radiu lub telewizji (tak samo zresztą przerzucaliśmy się tej jesieni argumentami naszych rodziców na temat tego, czy lepszym prezydentem będzie ponownie wybrany Wałęsa czy może jednak Ole-Olek Kwaśniewski). A tu nagle możliwość zobaczenia na wyciągnięcie ręki tych mitycznych, kruszących etiudy i broniących się mazurkami herosów, oddychania przez chwilę ich powietrzem, z jakąś naiwną wiarą, że sama obecność, przepuszczenie przez własne uszy tworzonej przez nich muzyki pozwoli mi może choć trochę lepiej zagrać preludium i fugę d-moll Bacha na lekcji w kolejnym tygodniu.

Biletów oczywiście już dawno nie było, ale to dla naszej pani profesor nie stanowiło najmniejszego problemu. Wszyscy weszliśmy po kolei na jej jedną, z każdym przejściem coraz bardziej pomiętą wejściówkę - jedno z nas wchodziło, pokazując papierek bileterowi, a pani profesor robiąc dużo szumu i zagadując cały czas mijanych wszędzie znajomych wchodziła do sali, zabierała wejściówkę od tego, kto właśnie wszedł, wychodziła poza salę i wciskała ją z rozbrajającym uśmiechem następnemu z nas. Było nas bodaj sześcioro.

Sala koncertowa Filharmonii była wypchana po brzegi - mam wrażenie, że siedzieliśmy na podłodze w centralnym przejściu między fotelami, choć dziś wydaje mi się to nieprawdopodobne. Pamiętam skupioną twarz Montero, jej mocny makijaż i ciemne usta, precyzyjny taniec jej palców na klawiaturze, bieg przez czarne płotki po białej bieżni. Grała niewiarygodnie, tworząc sobą, fortepianem i dźwiękami jakiś odrębny świat, który nagle postanowiła wszystkim pokazać. W jej grze była godność i duma. "Tak, potrafię, jestem tu dzięki sobie; wiem, że mam moc, to z mojej mocy i mojej pracy potrafię wykuć to, co słyszycie; stoję w swojej prawdzie, a brzmi ona tak." Kibicowałem jej potem do końca - dla mnie wygrała konkurs tamtego popołudnia, nawet nie pamiętam dziś czy drugi koncert tego dnia grał Sułtanow czy Giusiano. Jak się wkrótce okazało, tej jesieni moje własne sympatie nie były zbieżne ze zdaniem jury konkursu (ani z wyborem narodu).

W miniony poniedziałek historia zatoczyła jakieś koło, zupełnie jakbym znalazł się w tym samym miejscu spirali, tylko piętro wyżej. Tym razem siedziałem co prawda na biletowanym miejscu gdzieś w drugiej połowie sali koncertowej Filharmonii, ale ze sceny patrzyła na mnie - tak samo jak piętnaście lat temu - skupiona, pełna mocy kobieta.


Mari Boine dała piękny, poruszający koncert. Podobnie jak dwa i pół roku temu w namiocie pod PKiN pojawiły się, i to już na samym początku, te najstarsze, najmocniejsze, najbardziej hipnotyzujące utwory - 'Gula Gula (Listen, Listen)', 'Goaskinviellja (Eagle Brother)', 'Modjas Katrin', wreszcie na bis 'Mielahisvuohta (Luncay Lunacy)'; były utwory z przedostatniej płyty (tytułowy Idjagieđas) i z ostatniej, wybitnie dobrze prezentujące się na żywo w porównaniu do przekombinowanych, niespójnych i krzywdzących aranżacji ze studia. Świetnie zabrzmiała zwłaszcza tytułowa pieśń 'Sterna Paradisea' o rybitwie popielatej, przylatującej na północ za szczególnym blaskiem słońca, śpiącej podobno podczas lotu, ale też 'De mana, ráhkásan (To My Daughter)' z brawurową bliskowschodnią wokalizą i trąbką Olego J. Myklebusta, chowającego się gdzieś poza tą chwilą w tle i cieniu. Była też wspaniała pieśń dla starodawnej bogini strzegącej domowego ogniska - mam wrażenie, że jeszcze na płytach jej nie zarejestrowano - i zamykający koncert melancholijny, pełen smutku, ale i mocy temat 'Elle' z filmu Kautokeino-Rebellion, opowiadającego o tragicznych dziejach ludu Saamów, z którego Boine pochodzi.

Mari Boine jest czarodziejką i szamanką. Ma szamański bęben, na którym akompaniuje sobie w niektórych szczególnych utworach mimo potężnego Gunnara Auglanda za bębnami, wikinga grającego całym sobą i poruszającego sklepienie niebieskie od korzeni aż po koronę drzewa świata. Tymczasem Boine rozkłada ręce i frunie po scenie niczym orzeł, o którym śpiewa, po chwili tańczy i podskakuje, zaczarowuje przestrzeń tak dźwiękiem jak i ruchem, śpiewa pieśni o duchach i przodkach, o swoim ludzie, o zwierzętach, kamieniach i drzewach, wyśpiewuje swoją prawdę. Energia pulsuje, wibruje powietrze, wibruje krew w żyłach; koncert staje się rytuałem - oczyszczającym, odnawiającym, może nawet w jakimś sensie uzdrawiającym. Filharmonia, od lat otoczona welonem tradycji, próbuje bronić się przed tą niezwykłą dla niej energią - apel pieśniarki by wstać i tańczyć pozostaje bez znaczącego odzewu, spętany chyba siłą powagi tego miejsca - ale za to Filharmonia na koniec odpowie i podziękuje artystce swoim uświęconym czasem rytuałem: kwiatami i tym jedynym w swoim rodzaju stukotem składających się krzeseł, gdy wszyscy ludzie klaszcząc podnoszą się z miejsc. Harmonia przeciwieństw w działaniu.

Nie będę nawet próbował przewidzieć, na koncert jakiej niezwykłej kobiety pójdę za kolejne czternaście i pół roku do Filharmonii. Mam tylko nadzieję, że trend się utrzyma.