Między innymi strunami
-
11 lat temu
-
12 lat temu
-
8 lat temu
-
2 tygodnie temu
-
-
13 lat temu
-
12 lat temu
-
14 lat temu
Między stronami
-
7 lat temu
-
11 lat temu
-
2 tygodnie temu
-
14 lat temu
-
16 lat temu
Rating My Music
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pat Metheny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pat Metheny. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 29 stycznia 2009
świat jest Mali
Jest pewna grupa artystów, do których niegasnąca słabość pozostała mi jeszcze z czasów liceum, kiedy to wieczorami słuchałem Trójki i Radia Jazz (RIP), nagrywając audycje na taśmy i sklejając sobie z tego potem różne składanki. Do dziś regularnie sprawdzam, co też nowego nagrali, niezależnie od tego czy kolejne nagrania wciąż potrafią na dłużej zainteresować czy też nie. Poza tym oraz faktem, że zazwyczaj zalicza się ich do szeroko rozumianego jazzu, wydawać by się mogło, że dzieli ich prawie wszystko: Oregon, Bugge Wesseltoft, John Zorn, Bill Laswell, Buckethead, Béla Fleck, Pat Metheny, Cassandra Wilson, Bill Frisell... okazuje się jednak, że świat jest czasem dużo mniejszy, niż może się wydawać.
Jedna z ostatnich płyt Frisella, "Floratone" (Blue Note, 2007), pod względem ilości odtworzeń plasuje się u mnie w ścisłej czołówce zestawienia za rok 2008 - a na wiadomość o niej trafiłem zupełnym przypadkiem, skacząc od strony do strony. Krążek jest niezwykły nie tylko ze względu na muzykę. W skład zespołu oficjalnie wchodzą: Bill Frisell (gt), Matt Chamberlain (dr, pc) oraz Tucker Martine i Lee Townsend, którzy muzykami nie są, a płytę 'jedynie' produkowali - mieli jednak tak znaczący wpływ na jej ostateczny kształt i brzmienie, że okazali się ważniejsi od sidemanów - Viktora Kraussa (ac.+el. b), Rona Milesa (kornet) i Eyvinda Kanga (v, viola).
O procesie powstawania płyty i idei, która za nią stała, mówią sami artyści w filmie promującym to wydawnictwo (w tle słychać rzecz jasna fragmenty z płyty):
Słucha się tego rewelacyjnie. Jeśli by próbować określić przynależność gatunkową "Floratone", to należałoby chyba wskazać blues (ma to odzwierciedlenie choćby w tytułach: "Misissippi Rising", "Swamped", "Luisiana Lowboat") - ale co to za blues... Powolny, gęsty, nieustępliwy, głęboko podbity groove'm perkusji Chamberlaina i podkładów Frisella, z gitarą przebijającą w wyższych rejestrach jak słońce pomiędzy gęstymi koronami drzew w gorący, wilgotny dzień. Muzyka sunie dostojnie jak statek po Misissippi a dźwiękowe krajobrazy, pozornie tylko leniwe, przepływają obok - stylistycznie jednorodne ale dalekie od monotonii (krokodyle przesuwają się powoli wzdłuż brzegu)...
I znów problem z kategoryzacją. Współpracujący z Frisellem od wielu lat (i płyt) Lee Townsend określa tę muzykę jako "futuristic roots music" i faktycznie - zarówno Chamberlain jak i Frisell intensywnie korzystają z loopów i innych dobrodziejstw elektroniki, nadając "Floratone" dodatkowy wymiar. Zasługą zapewne Townsenda i Martine'a jest natomiast fakt, że całość jest niezwykle spójna - elektornika nie gryzie się a zlewa w sposób zupełnie niewidoczny z żywą muzyką jak w alchemicznym tyglu. Efekt jest jedyny w swoim rodzaju.
Frisell właściwie od samego początku swojej kariery oprócz projektów stricte jazzowych pokazuje na przemian dwa oblicza - z jednej strony uczestniczy w awangardowych projektach (np. Naked City Johna Zorna), z drugiej przemyca do 'swojego' jazzu coraz więcej amerykańskiego folku - "Floratone" należy raczej do tego drugiego nurtu, choć w ramach americana music zdecydowanie nie jest płytą ortodoksyjną.
Nie dziwią więc również gościnne występy Frisella na różnych płytach, tak folkowych jak i awangardowych, a za taką należy uważać "It's Mostly Residual" (ArtistShare, 2005) pochodzącego z Wietnamu trębacza, Cuonga Vu.
Cuong Vu zaistniał dla szerszej publiczności od roku 2002, kiedy to dołączył wraz z grającym na harmonijce ustnej Gregoire Maretem do nowego składu Pat Metheny Group, z którą nagrał do tej pory dwie płyty - "Speaking of Now" (Warner Bros./WEA 2002) i "The Way Up" (Nonesuch, 2005). Obaj panowie są w PMG "tymi, co stoją z tyłu" i oprócz swoich własnych instrumentów obsługują to wszystko, co buduje specyficzne brzmienie grupy, a co znajduje się w tle - różnego rodzaju podkłady, przeszkadzajki i chórki. I o ile na pierwszej z tych płyt Vu pobrzmiewa jeszcze nieco nieśmiało, o tyle mam wrażenie, że płytę "The Way Up" trochę Methenemu ukradł - jego żywe, nieprzewidywalne, jednocześnie liryczne i drapieżne sola brzmią tak wyraziście, że gitarowe popisy frontmena wypadają przy nich blado. To dla trąbki warto posłuchać "The Way Up".
Wracając do solowej twórczości Vu - "It's Mostly Residual" to przedziwna mieszanka jazzu, elektronicznego ambientu i awangardy, podlanej gdzieniegdzie funkowym podkładem. Trąbka Vu i o wiele bardziej niż na "Floratone" rozproszona elektroniką gitara Frisella przeplatają się i tańczą na podkładzie rytmicznym, nie gorszym niż na "Floratone". Tytułowy utwór brzmi niemalże jak pomost między tymi dwiema płytami - dorzuciłem go w odtwarzaczu tak, by kończył "Floratone", całość brzmi fantastycznie.
I tutaj zaczyna wychodzić na jaw, jak mały jest ten muzyczny świat. Bill Frisell i Pat Metheny studiowali przecież razem w Berklee School of Music u Jima Halla, obaj też swoje kariery muzyczne zaczęli w ECM i tam nagrali swoje pierwsze solowe płyty. Ponoć debiut Frisella w ECM nastąpił, gdy Metheny polecił go perkusiście Paulowi Motianowi w zastępstwie, sam nie mogąc zagrać na jego płycie "Psalm". Teraz, po latach, Frisell już z zupełnie innej pozycji wzbogaca solową płytę trębacza PMG. A inna rzecz, że "The Way Up" zostało wydane w 'stajni' Frisella, Nonesuch Records.
Inna płyta Frisella, która ma z kolei szanse na wysokie miejsce w zestawieniu za rok bieżący, to "The Willies" (Nonesuch, 2002), wyprodukowana jak zwykle przez Lee Townsenda. To już czysta americana w wykonaniu Frisella z towarzyszeniem Danny'ego Barnesa na banjo, harmonijce i innych wynalazkach oraz Keitha Lowe na basie. Oprócz kompozycji Frisella znalazło się miejsce na kilka standardów. I choć płyta nie jest bezpośrednio przełożeniem "Floratone" na amerykański folk rodem z Apallachów (co i nie dziwne, bo brakuje połowy zespołu "Floratone"), to jest w niej podobny duch i nastrój, podobna niespieszność i wolność, w sensie swobody i odwagi patrzenia z uwagą, dokąd to muzyka zaprowadzi.
A banjo i Lee Townsend prowadzą do ostatniej dziś płyty, chyba najbardziej w tym zestawie zaskakującej.
Jayme Stone pochodzi z Kanady a gry na banjo uczył się u najlepszych - Béli Flecka (nie przyjmującego zazwyczaj uczniów) oraz jego nauczyciela, Tony'ego Trischki. Występował w zespole Tricycle a następnie w roku 2007 wydał świetny solowy album "The Utmost". Wiosną tego samego roku udał się na stypendium do Mali w zachodniej Afryce, gdzie natknął się na muzyków grających na instrumentach, od których pochodzi dzisiejsze banjo - konou i ngoni, oraz na korze. W efekcie tej podróży i wzbudzonej nią fascynacji powstała płyta "Africa to Appalachia", wyprodukowana przez Lee Townsenda, nagrana z udziałem wirtuoza kory Mansy Sissoko i grającego na skrzypcach Casey Driessena, którego pamiętamy ze Sparrow Quartet. Mała próbka:
Świetna płyta. Pierwsze skojarzenia to "Talking Timbuktu" pochodzącego również z Mali Alego Farka Toure i Ry Coodera, ale tu jest dużo więcej. Stone dosłownie przenosi kawałek Afryki w kontekst amerykańskiego folku (będącego przecież dziedzictwem nie tyle jego samego, co jego instrumentu) i tworzy z tego zupełnie nową jakość. Płyta ma tę rzadką cechę - słucha się jej niezwykle lekko a jednocześnie jest złożona, bogata w pomysły, faktury, dźwięki... zupełnie jak "Tales From The Acoustic Planet" Flecka. I tu świat znowu się kurczy, bo pojawia się niepokojąca myśl, że były uczeń nieco ukradł Fleckowi temat jego najnowszej płyty, "Tales From The Acoustic Planet III: The Africa Sessions", o której pisałem poprzednim razem. I co z tego, że Fleck zaczął wcześniej i dłużej mu to zajęło - Stone pierwszy uderzył swoją płytą na rynek i projekt Flecka siłą rzeczy będzie do niej porównywany. Za Fleckiem stoi co prawda przewaga doświadczenia i dużej wytwórni, ale pierwszeństwo odbioru wyrównuje szanse - tym ciekawiej będzie porównać te płyty, gdy "Tales III" w końcu się pojawi; może okazać się, że uczeń przerósł mistrza.
A w ramach wisienki na torcie z okazji małego świata dodajmy tylko, że punkt kulminacyjny pierwszej płyty "Tales..." Flecka i jeden z najpiękniejszych na niej utworów nazywa się... "Jayme Lynn".
Jedna z ostatnich płyt Frisella, "Floratone" (Blue Note, 2007), pod względem ilości odtworzeń plasuje się u mnie w ścisłej czołówce zestawienia za rok 2008 - a na wiadomość o niej trafiłem zupełnym przypadkiem, skacząc od strony do strony. Krążek jest niezwykły nie tylko ze względu na muzykę. W skład zespołu oficjalnie wchodzą: Bill Frisell (gt), Matt Chamberlain (dr, pc) oraz Tucker Martine i Lee Townsend, którzy muzykami nie są, a płytę 'jedynie' produkowali - mieli jednak tak znaczący wpływ na jej ostateczny kształt i brzmienie, że okazali się ważniejsi od sidemanów - Viktora Kraussa (ac.+el. b), Rona Milesa (kornet) i Eyvinda Kanga (v, viola).Słucha się tego rewelacyjnie. Jeśli by próbować określić przynależność gatunkową "Floratone", to należałoby chyba wskazać blues (ma to odzwierciedlenie choćby w tytułach: "Misissippi Rising", "Swamped", "Luisiana Lowboat") - ale co to za blues... Powolny, gęsty, nieustępliwy, głęboko podbity groove'm perkusji Chamberlaina i podkładów Frisella, z gitarą przebijającą w wyższych rejestrach jak słońce pomiędzy gęstymi koronami drzew w gorący, wilgotny dzień. Muzyka sunie dostojnie jak statek po Misissippi a dźwiękowe krajobrazy, pozornie tylko leniwe, przepływają obok - stylistycznie jednorodne ale dalekie od monotonii (krokodyle przesuwają się powoli wzdłuż brzegu)...
I znów problem z kategoryzacją. Współpracujący z Frisellem od wielu lat (i płyt) Lee Townsend określa tę muzykę jako "futuristic roots music" i faktycznie - zarówno Chamberlain jak i Frisell intensywnie korzystają z loopów i innych dobrodziejstw elektroniki, nadając "Floratone" dodatkowy wymiar. Zasługą zapewne Townsenda i Martine'a jest natomiast fakt, że całość jest niezwykle spójna - elektornika nie gryzie się a zlewa w sposób zupełnie niewidoczny z żywą muzyką jak w alchemicznym tyglu. Efekt jest jedyny w swoim rodzaju.
Frisell właściwie od samego początku swojej kariery oprócz projektów stricte jazzowych pokazuje na przemian dwa oblicza - z jednej strony uczestniczy w awangardowych projektach (np. Naked City Johna Zorna), z drugiej przemyca do 'swojego' jazzu coraz więcej amerykańskiego folku - "Floratone" należy raczej do tego drugiego nurtu, choć w ramach americana music zdecydowanie nie jest płytą ortodoksyjną.
Nie dziwią więc również gościnne występy Frisella na różnych płytach, tak folkowych jak i awangardowych, a za taką należy uważać "It's Mostly Residual" (ArtistShare, 2005) pochodzącego z Wietnamu trębacza, Cuonga Vu.
Cuong Vu zaistniał dla szerszej publiczności od roku 2002, kiedy to dołączył wraz z grającym na harmonijce ustnej Gregoire Maretem do nowego składu Pat Metheny Group, z którą nagrał do tej pory dwie płyty - "Speaking of Now" (Warner Bros./WEA 2002) i "The Way Up" (Nonesuch, 2005). Obaj panowie są w PMG "tymi, co stoją z tyłu" i oprócz swoich własnych instrumentów obsługują to wszystko, co buduje specyficzne brzmienie grupy, a co znajduje się w tle - różnego rodzaju podkłady, przeszkadzajki i chórki. I o ile na pierwszej z tych płyt Vu pobrzmiewa jeszcze nieco nieśmiało, o tyle mam wrażenie, że płytę "The Way Up" trochę Methenemu ukradł - jego żywe, nieprzewidywalne, jednocześnie liryczne i drapieżne sola brzmią tak wyraziście, że gitarowe popisy frontmena wypadają przy nich blado. To dla trąbki warto posłuchać "The Way Up".
Wracając do solowej twórczości Vu - "It's Mostly Residual" to przedziwna mieszanka jazzu, elektronicznego ambientu i awangardy, podlanej gdzieniegdzie funkowym podkładem. Trąbka Vu i o wiele bardziej niż na "Floratone" rozproszona elektroniką gitara Frisella przeplatają się i tańczą na podkładzie rytmicznym, nie gorszym niż na "Floratone". Tytułowy utwór brzmi niemalże jak pomost między tymi dwiema płytami - dorzuciłem go w odtwarzaczu tak, by kończył "Floratone", całość brzmi fantastycznie.I tutaj zaczyna wychodzić na jaw, jak mały jest ten muzyczny świat. Bill Frisell i Pat Metheny studiowali przecież razem w Berklee School of Music u Jima Halla, obaj też swoje kariery muzyczne zaczęli w ECM i tam nagrali swoje pierwsze solowe płyty. Ponoć debiut Frisella w ECM nastąpił, gdy Metheny polecił go perkusiście Paulowi Motianowi w zastępstwie, sam nie mogąc zagrać na jego płycie "Psalm". Teraz, po latach, Frisell już z zupełnie innej pozycji wzbogaca solową płytę trębacza PMG. A inna rzecz, że "The Way Up" zostało wydane w 'stajni' Frisella, Nonesuch Records.
Inna płyta Frisella, która ma z kolei szanse na wysokie miejsce w zestawieniu za rok bieżący, to "The Willies" (Nonesuch, 2002), wyprodukowana jak zwykle przez Lee Townsenda. To już czysta americana w wykonaniu Frisella z towarzyszeniem Danny'ego Barnesa na banjo, harmonijce i innych wynalazkach oraz Keitha Lowe na basie. Oprócz kompozycji Frisella znalazło się miejsce na kilka standardów. I choć płyta nie jest bezpośrednio przełożeniem "Floratone" na amerykański folk rodem z Apallachów (co i nie dziwne, bo brakuje połowy zespołu "Floratone"), to jest w niej podobny duch i nastrój, podobna niespieszność i wolność, w sensie swobody i odwagi patrzenia z uwagą, dokąd to muzyka zaprowadzi.A banjo i Lee Townsend prowadzą do ostatniej dziś płyty, chyba najbardziej w tym zestawie zaskakującej.
Jayme Stone pochodzi z Kanady a gry na banjo uczył się u najlepszych - Béli Flecka (nie przyjmującego zazwyczaj uczniów) oraz jego nauczyciela, Tony'ego Trischki. Występował w zespole Tricycle a następnie w roku 2007 wydał świetny solowy album "The Utmost". Wiosną tego samego roku udał się na stypendium do Mali w zachodniej Afryce, gdzie natknął się na muzyków grających na instrumentach, od których pochodzi dzisiejsze banjo - konou i ngoni, oraz na korze. W efekcie tej podróży i wzbudzonej nią fascynacji powstała płyta "Africa to Appalachia", wyprodukowana przez Lee Townsenda, nagrana z udziałem wirtuoza kory Mansy Sissoko i grającego na skrzypcach Casey Driessena, którego pamiętamy ze Sparrow Quartet. Mała próbka:Świetna płyta. Pierwsze skojarzenia to "Talking Timbuktu" pochodzącego również z Mali Alego Farka Toure i Ry Coodera, ale tu jest dużo więcej. Stone dosłownie przenosi kawałek Afryki w kontekst amerykańskiego folku (będącego przecież dziedzictwem nie tyle jego samego, co jego instrumentu) i tworzy z tego zupełnie nową jakość. Płyta ma tę rzadką cechę - słucha się jej niezwykle lekko a jednocześnie jest złożona, bogata w pomysły, faktury, dźwięki... zupełnie jak "Tales From The Acoustic Planet" Flecka. I tu świat znowu się kurczy, bo pojawia się niepokojąca myśl, że były uczeń nieco ukradł Fleckowi temat jego najnowszej płyty, "Tales From The Acoustic Planet III: The Africa Sessions", o której pisałem poprzednim razem. I co z tego, że Fleck zaczął wcześniej i dłużej mu to zajęło - Stone pierwszy uderzył swoją płytą na rynek i projekt Flecka siłą rzeczy będzie do niej porównywany. Za Fleckiem stoi co prawda przewaga doświadczenia i dużej wytwórni, ale pierwszeństwo odbioru wyrównuje szanse - tym ciekawiej będzie porównać te płyty, gdy "Tales III" w końcu się pojawi; może okazać się, że uczeń przerósł mistrza.
A w ramach wisienki na torcie z okazji małego świata dodajmy tylko, że punkt kulminacyjny pierwszej płyty "Tales..." Flecka i jeden z najpiękniejszych na niej utworów nazywa się... "Jayme Lynn".
piątek, 2 stycznia 2009
utracona odporność
e.s.t. czyli Esbjörn Svensson Trio po raz pierwszy usłyszałem bodaj w listopadzie 2004 roku, kiedy to przyjechali do Warszawy na koncert. Prezenter Jazz Radia rozdawał ostatnie bilety i przy okazji konkursu puścił "Elevation of Love" z płyty "Seven Days of Falling" (ACT, 2003). I to było to - zaskoczyło od razu, bez ostrzeżenia. Jeden z najlepszych zespołów jazzowych i kropka - choć przecież nie do końca jazzowy, bo czerpiący z rocka, hiphopu i wielu innych źródeł. Muzyka, dla której trzeba byłoby stworzyć osobną nazwę gatunku i półkę w sklepie. Ideał.Koncert - jeszcze wtedy w teatrze Roma (wszystkie następne były już w Fabryce Trzciny) - miał miejsce w niedzielę wieczorem, podobnie jak podówczas audycja Indigo, pomyślałem więc, że jeszcze kiedyś zdążę ich usłyszeć i gnany poczuciem obowiązku poszedłem do radia. I jakoś tak wychodziło, że za każdą ich następną wizytą był jakiś powód, żeby nie pójść. Aż do czerwca ubiegłego roku, kiedy to równolegle wydarzyły się dwie rzeczy.
Najpierw ukazała się płyta Ulfa Wakeniusa (gt) "Love Is Real" (ACT, 2008), nagrana pospołu z Larsem Danielssonem (b), Mortenem Lundem (dr), Larsem Janssonem (p) oraz radio.string.quartet.vienna. Krążek jest konsekwentną kontynuacją tego, co Wakenius zaczął już na płycie "Forever You" (ACT, 2003) a co rozwinął do perfekcji na "Notes From The Heart" (ACT, 2006), nagranych również z udziałem Danielssona i Lunda oraz różnych gości. I o ile "Notes..." było w całości hołdem dla Keitha Jarretta, tak "Love..." jest próbą spojrzenia na nowo na twórczość e.s.t., próbą wielce zresztą udaną. I włączają się tu najróżniejsze skojarzenia, bo z jednej strony miękki dźwięk gitary Wakeniusa, mocno przypominający Pata Methenego z późniejszego okresu ("Map Of The World" czy choćby "Beyond The Missouri Sky" z Hadenem), z drugiej przecież sam Metheny pochlebnie się o e.s.t. wypowiadał i nawet wystąpił z nimi w 2003 w ramach Jazzbaltica na koncercie z udziałem orkiestry kameralnej Schleswig-Holstein Chamber Orchestra; z trzeciej strony - wszechobecny w ACT Nils Landgren ze swoim czerwonym puzonem, bliski przyjaciel Svenssona, który gościnnie pojawia się na "Love...", a który też na wspomnianym koncercie zaśpiewał "Believe, Beleft, Below", i nagrał wcześniej dwie kontemplacyjne płyty w duecie ze Svenssonem ("Swedish Folk Modern" i "Layers of Light", obie - rzecz jasna - ACT).
Wracając do Wakeniusa - udało mu się przede wszystkim pokazać, że nie samym niezwykłym stylem e.s.t. stoi, że Dan Berglund (b), Esbjörn Svensson (p) i Magnus Öström (dr) (w tej kolejności od lewej na okładce "Live..." obok) to również znakomici kompozytorzy, których utwory świetnie poddają się reinterpretacji i mogą błysnąć zupełnie inaczej, niż trio nas do tego przyzwyczaiło. "Love..." na dość długo zawładnęło moim odtwarzaczem, w jakiś magiczny sposób uzupełniając genialne "Live in Hamburg" (2007, ACT) samego e.s.t. - płyty, która także pokazywała zupełnie nowe oblicza tercetu, o wiele bardziej żywiołowe niż studyjne wcielenia, które przecież słabością nie grzeszyły. Ale te piętrowe, wielowymiarowe konstrukcje, w które zmieniły się "Definition of a Dog" czy nawet najłatwiejsze chyba w odbiorze na ostatniej studyjnej płycie, tytułowe "Tuesday Wonderland" - to była zupełnie nowa jakość. O ile e.s.t. produkowało perfekcyjne płyty studyjne, pełne werwy i autentyczności, o tyle "Live" pokazała, że był to tylko punkt wyjścia do czegoś więcej, nawej jeśli niezwykle przemyślany i dopracowany i pozornie wyglądający na ostateczny efekt. "Live in Hamburg" sprawiło, że solennie obiecałem sobie obecność na ich następnym warszawskim koncercie, choćby nie wiem co miało się wydarzyć.Tyle że dwa tygodnie później Esbjörn Svensson zmarł w wypadku podczas nurkowania. W tym kontekście "Love Is Real" nabrała zupełnie innego znaczenia i wymiaru, Podobnie jak ostatnia płyta studyjna e.s.t, "Leucocyte" (2008, ACT) - nagrany i zmontowany materiał razem ze zdjęciami do okładki trafił do ACTu na niespełna miesiąc przed tragiczną śmiercią Svenssona, stając się tym samym ich naprawdę ostatnim dziełem.
Płyta porusza, i to bardziej niż którekolwiek z dotychczasowych nagrań tercetu - choć "Live in Hamburg" postawiło poprzeczkę bardzo wysoko. Skojarzeń z "Live" jest zresztą więcej, począwszy od długich utworów (17', 13') aż po zadziwiającą umiejętność budowania ściany dźwięku i przekuwania jej w coś zaskakującego. Powód jest prosty - "Leucocyte" została nagrana "live at studio" podczas dwudniowej sesji w trakcie tournee e.s.t. po antypodach, gdzieś między koncertami. Nagrana, choć lepiej byłoby chyba powiedzieć "stworzona" - muzyka została w całości zaimprowizowana w trakcie tych dwóch sesji; i to ten właśnie wspólny duch twórczości całkowicie uwolnionej, a złapanej "na gorącym uczynku", jak w zatrzymanym czasie, łączy dwa ostatnie albumy e.s.t, i to też jest największa ich wartość. Dodatkowo, "Leucocyte" stanowi zamkniętą koncepcyjnie całość, mimo podziału na ścieżki i tytuły oraz improwizowanego charakteru w swej istocie jest jedną, dużą kompozycją.Płyta jest powalająca - nie potrafię przestać jej słuchać. Bogactwo i faktura brzmień, dramaturgia, wspomniane już "ściany dźwięku" rodzące piękne, ascetycznie proste solówki ("Premonition I - Earth", "Leucocyte I - Ab Initio"), wreszcie krótkie, ale jakże przejmujące ballady ("Premonition II - Contorted" na miarę "Why She Couldn't Come" lub "Bound For The Beauty Of The South") - płyta z każdym kolejnym przesłuchaniem ujawnia jakąś nową warstwę, inną możliwość interpretacji. To dzieło skończone.
Fragment pterwszej części suity tytułowej suity, "Ab Initio":
Jasne, nie wiemy co byłoby dalej. Sądząc po narastającej ilości szumów i dziwnych odgłosów od "Carcrash" na CD "Strange Place for Snow" począwszy, poprzez pamiętne "Brewery of Beggars" z CD "Tuesday Wonderland" aż po "Leucocyte" widać spójny kierunek, w którym szły kolejne płyty e.s.t., choć "Leucocyte" było na tej ścieżce gigantycznym skokiem w porównaniu do poprzednich; i można chyba bezpiecznie założyć, że "Leucocyte" nie było wyjątkiem od reguły, a raczej miało wyznaczać dalszy kształt e.s.t. Tym bardziej szkoda, że pierwszy znaczący krok na tej drodze stał się jednocześnie ostatnim.
W ostatnim studyjnym albumie tercetu jest jeszcze jeden niepokojący szczegół. Oczywiście nie sposób gdybać jak odebralibyśmy ten album, gdyby nie tragiczna śmierć Svenssona, choć bezpiecznie można stwierdzić, że "Leucocyte" jest dużo bardziej mroczny od poprzednich. Sęk w tym, że zarówno muzyka, jak i tytuły utworów przedziwnie współgrają z późniejszymi faktami - tytuły takie jak Przeczucie ("Premonition") czy wchodzący w skład tytułowej czteroczęściowej suity "AdMortem" wydają się być dziwnie na miejscu, a brzęczące dźwięki przepuszczonego przez elektroniczny efekt fortepianu z "Ad Infinitum" niepokojąco przywodzą na myśl bicie cmentarnych dzwonów przy wyprowadzaniu trumny z kaplicy...
Nie znalazłem nigdzie informacji, czemu płyta i najdłuższa na niej kompozycja noszą tytuł "Leucocyte" - być może miało to związek z ciągłym odradzaniem się białych krwinek w organiźmie, może stąd to końcowe "Ad Infinitum". Jeśli tak, to Świat ma naprawdę wredne poczucie ironii, a jazzowy system immunologiczny na zawsze utracił część odporności.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Słowa - klucze
#americana
#classical
#electro
#jazz
#new acoustic
#nujazz
#post-rock
#world
*ACT
*ArtistShare
*Blue Note
*ECM
*Ninja Tune
*Nonesuch
*Rockers
*Rounder
*Samadhi
*jazzland
- d(^-^)b -
-koncerty-
Abbie Gardner
Abigail Washburn
Anthony da Costa
Arvo Pärt
Bill Frisell
Bugge Wesseltoft
Béla Fleck
Cuong Vu
David Sylvian
Edgar Meyer
Enya
Gabriela Montero
Jaga Jazzist
Jayme Stone
Joanne Shenandoah
Lars Danielsson
Lee Townsend
Mari Boine
Nils Landgren
Nils Petter Molvær
Pat Metheny
Steve Jansen
Steve Tibbetts
The Cinematic Orchestra
Tides From Nebula
Ulf Wakenius
Wolfgang Haffner
e.s.t.
