Między innymi strunami
-
11 lat temu
-
12 lat temu
-
8 lat temu
-
2 tygodnie temu
-
-
13 lat temu
-
12 lat temu
-
14 lat temu
Między stronami
-
7 lat temu
-
11 lat temu
-
2 tygodnie temu
-
14 lat temu
-
16 lat temu
Rating My Music
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Béla Fleck. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Béla Fleck. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 10 marca 2009
Już jest! Prawie...
Dokładnie tydzień temu nakładem wydawnictwa Rounder Records ukazała się najnowsza płyta Béli Flecka, "Throw Down Your Heart, Tales From The Acoustic Planet, vol. 3: Africa Sessions". Można już ją kupić w sklepie wydawnictwa oraz na amazon.com; na eBayu i w polskich sklepach jeszcze nie znalazłem.Wspominałem już o tym krążku przy różnych okazjach - bardziej lub mniej obszernie - więc nie ma sensu się powtarzać, tym bardziej że płyty wciąż w rękach nie mam i wiele więcej nowego w tej chwili nie wymyślę, a tylko w uniesieniu oczekiwania mógłbym jeszcze coś pokręcić. Zatem czekając na paczkę z USA dwa linki: do pierwszej recenzji, zamieszczonej na elektronicznych łamach NY Times, oraz do utworu, jednego, ale za to w całości (niestety, niezbędny WMP11).
Tik-tak, tik-tak...
czwartek, 29 stycznia 2009
świat jest Mali
Jest pewna grupa artystów, do których niegasnąca słabość pozostała mi jeszcze z czasów liceum, kiedy to wieczorami słuchałem Trójki i Radia Jazz (RIP), nagrywając audycje na taśmy i sklejając sobie z tego potem różne składanki. Do dziś regularnie sprawdzam, co też nowego nagrali, niezależnie od tego czy kolejne nagrania wciąż potrafią na dłużej zainteresować czy też nie. Poza tym oraz faktem, że zazwyczaj zalicza się ich do szeroko rozumianego jazzu, wydawać by się mogło, że dzieli ich prawie wszystko: Oregon, Bugge Wesseltoft, John Zorn, Bill Laswell, Buckethead, Béla Fleck, Pat Metheny, Cassandra Wilson, Bill Frisell... okazuje się jednak, że świat jest czasem dużo mniejszy, niż może się wydawać.
Jedna z ostatnich płyt Frisella, "Floratone" (Blue Note, 2007), pod względem ilości odtworzeń plasuje się u mnie w ścisłej czołówce zestawienia za rok 2008 - a na wiadomość o niej trafiłem zupełnym przypadkiem, skacząc od strony do strony. Krążek jest niezwykły nie tylko ze względu na muzykę. W skład zespołu oficjalnie wchodzą: Bill Frisell (gt), Matt Chamberlain (dr, pc) oraz Tucker Martine i Lee Townsend, którzy muzykami nie są, a płytę 'jedynie' produkowali - mieli jednak tak znaczący wpływ na jej ostateczny kształt i brzmienie, że okazali się ważniejsi od sidemanów - Viktora Kraussa (ac.+el. b), Rona Milesa (kornet) i Eyvinda Kanga (v, viola).
O procesie powstawania płyty i idei, która za nią stała, mówią sami artyści w filmie promującym to wydawnictwo (w tle słychać rzecz jasna fragmenty z płyty):
Słucha się tego rewelacyjnie. Jeśli by próbować określić przynależność gatunkową "Floratone", to należałoby chyba wskazać blues (ma to odzwierciedlenie choćby w tytułach: "Misissippi Rising", "Swamped", "Luisiana Lowboat") - ale co to za blues... Powolny, gęsty, nieustępliwy, głęboko podbity groove'm perkusji Chamberlaina i podkładów Frisella, z gitarą przebijającą w wyższych rejestrach jak słońce pomiędzy gęstymi koronami drzew w gorący, wilgotny dzień. Muzyka sunie dostojnie jak statek po Misissippi a dźwiękowe krajobrazy, pozornie tylko leniwe, przepływają obok - stylistycznie jednorodne ale dalekie od monotonii (krokodyle przesuwają się powoli wzdłuż brzegu)...
I znów problem z kategoryzacją. Współpracujący z Frisellem od wielu lat (i płyt) Lee Townsend określa tę muzykę jako "futuristic roots music" i faktycznie - zarówno Chamberlain jak i Frisell intensywnie korzystają z loopów i innych dobrodziejstw elektroniki, nadając "Floratone" dodatkowy wymiar. Zasługą zapewne Townsenda i Martine'a jest natomiast fakt, że całość jest niezwykle spójna - elektornika nie gryzie się a zlewa w sposób zupełnie niewidoczny z żywą muzyką jak w alchemicznym tyglu. Efekt jest jedyny w swoim rodzaju.
Frisell właściwie od samego początku swojej kariery oprócz projektów stricte jazzowych pokazuje na przemian dwa oblicza - z jednej strony uczestniczy w awangardowych projektach (np. Naked City Johna Zorna), z drugiej przemyca do 'swojego' jazzu coraz więcej amerykańskiego folku - "Floratone" należy raczej do tego drugiego nurtu, choć w ramach americana music zdecydowanie nie jest płytą ortodoksyjną.
Nie dziwią więc również gościnne występy Frisella na różnych płytach, tak folkowych jak i awangardowych, a za taką należy uważać "It's Mostly Residual" (ArtistShare, 2005) pochodzącego z Wietnamu trębacza, Cuonga Vu.
Cuong Vu zaistniał dla szerszej publiczności od roku 2002, kiedy to dołączył wraz z grającym na harmonijce ustnej Gregoire Maretem do nowego składu Pat Metheny Group, z którą nagrał do tej pory dwie płyty - "Speaking of Now" (Warner Bros./WEA 2002) i "The Way Up" (Nonesuch, 2005). Obaj panowie są w PMG "tymi, co stoją z tyłu" i oprócz swoich własnych instrumentów obsługują to wszystko, co buduje specyficzne brzmienie grupy, a co znajduje się w tle - różnego rodzaju podkłady, przeszkadzajki i chórki. I o ile na pierwszej z tych płyt Vu pobrzmiewa jeszcze nieco nieśmiało, o tyle mam wrażenie, że płytę "The Way Up" trochę Methenemu ukradł - jego żywe, nieprzewidywalne, jednocześnie liryczne i drapieżne sola brzmią tak wyraziście, że gitarowe popisy frontmena wypadają przy nich blado. To dla trąbki warto posłuchać "The Way Up".
Wracając do solowej twórczości Vu - "It's Mostly Residual" to przedziwna mieszanka jazzu, elektronicznego ambientu i awangardy, podlanej gdzieniegdzie funkowym podkładem. Trąbka Vu i o wiele bardziej niż na "Floratone" rozproszona elektroniką gitara Frisella przeplatają się i tańczą na podkładzie rytmicznym, nie gorszym niż na "Floratone". Tytułowy utwór brzmi niemalże jak pomost między tymi dwiema płytami - dorzuciłem go w odtwarzaczu tak, by kończył "Floratone", całość brzmi fantastycznie.
I tutaj zaczyna wychodzić na jaw, jak mały jest ten muzyczny świat. Bill Frisell i Pat Metheny studiowali przecież razem w Berklee School of Music u Jima Halla, obaj też swoje kariery muzyczne zaczęli w ECM i tam nagrali swoje pierwsze solowe płyty. Ponoć debiut Frisella w ECM nastąpił, gdy Metheny polecił go perkusiście Paulowi Motianowi w zastępstwie, sam nie mogąc zagrać na jego płycie "Psalm". Teraz, po latach, Frisell już z zupełnie innej pozycji wzbogaca solową płytę trębacza PMG. A inna rzecz, że "The Way Up" zostało wydane w 'stajni' Frisella, Nonesuch Records.
Inna płyta Frisella, która ma z kolei szanse na wysokie miejsce w zestawieniu za rok bieżący, to "The Willies" (Nonesuch, 2002), wyprodukowana jak zwykle przez Lee Townsenda. To już czysta americana w wykonaniu Frisella z towarzyszeniem Danny'ego Barnesa na banjo, harmonijce i innych wynalazkach oraz Keitha Lowe na basie. Oprócz kompozycji Frisella znalazło się miejsce na kilka standardów. I choć płyta nie jest bezpośrednio przełożeniem "Floratone" na amerykański folk rodem z Apallachów (co i nie dziwne, bo brakuje połowy zespołu "Floratone"), to jest w niej podobny duch i nastrój, podobna niespieszność i wolność, w sensie swobody i odwagi patrzenia z uwagą, dokąd to muzyka zaprowadzi.
A banjo i Lee Townsend prowadzą do ostatniej dziś płyty, chyba najbardziej w tym zestawie zaskakującej.
Jayme Stone pochodzi z Kanady a gry na banjo uczył się u najlepszych - Béli Flecka (nie przyjmującego zazwyczaj uczniów) oraz jego nauczyciela, Tony'ego Trischki. Występował w zespole Tricycle a następnie w roku 2007 wydał świetny solowy album "The Utmost". Wiosną tego samego roku udał się na stypendium do Mali w zachodniej Afryce, gdzie natknął się na muzyków grających na instrumentach, od których pochodzi dzisiejsze banjo - konou i ngoni, oraz na korze. W efekcie tej podróży i wzbudzonej nią fascynacji powstała płyta "Africa to Appalachia", wyprodukowana przez Lee Townsenda, nagrana z udziałem wirtuoza kory Mansy Sissoko i grającego na skrzypcach Casey Driessena, którego pamiętamy ze Sparrow Quartet. Mała próbka:
Świetna płyta. Pierwsze skojarzenia to "Talking Timbuktu" pochodzącego również z Mali Alego Farka Toure i Ry Coodera, ale tu jest dużo więcej. Stone dosłownie przenosi kawałek Afryki w kontekst amerykańskiego folku (będącego przecież dziedzictwem nie tyle jego samego, co jego instrumentu) i tworzy z tego zupełnie nową jakość. Płyta ma tę rzadką cechę - słucha się jej niezwykle lekko a jednocześnie jest złożona, bogata w pomysły, faktury, dźwięki... zupełnie jak "Tales From The Acoustic Planet" Flecka. I tu świat znowu się kurczy, bo pojawia się niepokojąca myśl, że były uczeń nieco ukradł Fleckowi temat jego najnowszej płyty, "Tales From The Acoustic Planet III: The Africa Sessions", o której pisałem poprzednim razem. I co z tego, że Fleck zaczął wcześniej i dłużej mu to zajęło - Stone pierwszy uderzył swoją płytą na rynek i projekt Flecka siłą rzeczy będzie do niej porównywany. Za Fleckiem stoi co prawda przewaga doświadczenia i dużej wytwórni, ale pierwszeństwo odbioru wyrównuje szanse - tym ciekawiej będzie porównać te płyty, gdy "Tales III" w końcu się pojawi; może okazać się, że uczeń przerósł mistrza.
A w ramach wisienki na torcie z okazji małego świata dodajmy tylko, że punkt kulminacyjny pierwszej płyty "Tales..." Flecka i jeden z najpiękniejszych na niej utworów nazywa się... "Jayme Lynn".
Jedna z ostatnich płyt Frisella, "Floratone" (Blue Note, 2007), pod względem ilości odtworzeń plasuje się u mnie w ścisłej czołówce zestawienia za rok 2008 - a na wiadomość o niej trafiłem zupełnym przypadkiem, skacząc od strony do strony. Krążek jest niezwykły nie tylko ze względu na muzykę. W skład zespołu oficjalnie wchodzą: Bill Frisell (gt), Matt Chamberlain (dr, pc) oraz Tucker Martine i Lee Townsend, którzy muzykami nie są, a płytę 'jedynie' produkowali - mieli jednak tak znaczący wpływ na jej ostateczny kształt i brzmienie, że okazali się ważniejsi od sidemanów - Viktora Kraussa (ac.+el. b), Rona Milesa (kornet) i Eyvinda Kanga (v, viola).Słucha się tego rewelacyjnie. Jeśli by próbować określić przynależność gatunkową "Floratone", to należałoby chyba wskazać blues (ma to odzwierciedlenie choćby w tytułach: "Misissippi Rising", "Swamped", "Luisiana Lowboat") - ale co to za blues... Powolny, gęsty, nieustępliwy, głęboko podbity groove'm perkusji Chamberlaina i podkładów Frisella, z gitarą przebijającą w wyższych rejestrach jak słońce pomiędzy gęstymi koronami drzew w gorący, wilgotny dzień. Muzyka sunie dostojnie jak statek po Misissippi a dźwiękowe krajobrazy, pozornie tylko leniwe, przepływają obok - stylistycznie jednorodne ale dalekie od monotonii (krokodyle przesuwają się powoli wzdłuż brzegu)...
I znów problem z kategoryzacją. Współpracujący z Frisellem od wielu lat (i płyt) Lee Townsend określa tę muzykę jako "futuristic roots music" i faktycznie - zarówno Chamberlain jak i Frisell intensywnie korzystają z loopów i innych dobrodziejstw elektroniki, nadając "Floratone" dodatkowy wymiar. Zasługą zapewne Townsenda i Martine'a jest natomiast fakt, że całość jest niezwykle spójna - elektornika nie gryzie się a zlewa w sposób zupełnie niewidoczny z żywą muzyką jak w alchemicznym tyglu. Efekt jest jedyny w swoim rodzaju.
Frisell właściwie od samego początku swojej kariery oprócz projektów stricte jazzowych pokazuje na przemian dwa oblicza - z jednej strony uczestniczy w awangardowych projektach (np. Naked City Johna Zorna), z drugiej przemyca do 'swojego' jazzu coraz więcej amerykańskiego folku - "Floratone" należy raczej do tego drugiego nurtu, choć w ramach americana music zdecydowanie nie jest płytą ortodoksyjną.
Nie dziwią więc również gościnne występy Frisella na różnych płytach, tak folkowych jak i awangardowych, a za taką należy uważać "It's Mostly Residual" (ArtistShare, 2005) pochodzącego z Wietnamu trębacza, Cuonga Vu.
Cuong Vu zaistniał dla szerszej publiczności od roku 2002, kiedy to dołączył wraz z grającym na harmonijce ustnej Gregoire Maretem do nowego składu Pat Metheny Group, z którą nagrał do tej pory dwie płyty - "Speaking of Now" (Warner Bros./WEA 2002) i "The Way Up" (Nonesuch, 2005). Obaj panowie są w PMG "tymi, co stoją z tyłu" i oprócz swoich własnych instrumentów obsługują to wszystko, co buduje specyficzne brzmienie grupy, a co znajduje się w tle - różnego rodzaju podkłady, przeszkadzajki i chórki. I o ile na pierwszej z tych płyt Vu pobrzmiewa jeszcze nieco nieśmiało, o tyle mam wrażenie, że płytę "The Way Up" trochę Methenemu ukradł - jego żywe, nieprzewidywalne, jednocześnie liryczne i drapieżne sola brzmią tak wyraziście, że gitarowe popisy frontmena wypadają przy nich blado. To dla trąbki warto posłuchać "The Way Up".
Wracając do solowej twórczości Vu - "It's Mostly Residual" to przedziwna mieszanka jazzu, elektronicznego ambientu i awangardy, podlanej gdzieniegdzie funkowym podkładem. Trąbka Vu i o wiele bardziej niż na "Floratone" rozproszona elektroniką gitara Frisella przeplatają się i tańczą na podkładzie rytmicznym, nie gorszym niż na "Floratone". Tytułowy utwór brzmi niemalże jak pomost między tymi dwiema płytami - dorzuciłem go w odtwarzaczu tak, by kończył "Floratone", całość brzmi fantastycznie.I tutaj zaczyna wychodzić na jaw, jak mały jest ten muzyczny świat. Bill Frisell i Pat Metheny studiowali przecież razem w Berklee School of Music u Jima Halla, obaj też swoje kariery muzyczne zaczęli w ECM i tam nagrali swoje pierwsze solowe płyty. Ponoć debiut Frisella w ECM nastąpił, gdy Metheny polecił go perkusiście Paulowi Motianowi w zastępstwie, sam nie mogąc zagrać na jego płycie "Psalm". Teraz, po latach, Frisell już z zupełnie innej pozycji wzbogaca solową płytę trębacza PMG. A inna rzecz, że "The Way Up" zostało wydane w 'stajni' Frisella, Nonesuch Records.
Inna płyta Frisella, która ma z kolei szanse na wysokie miejsce w zestawieniu za rok bieżący, to "The Willies" (Nonesuch, 2002), wyprodukowana jak zwykle przez Lee Townsenda. To już czysta americana w wykonaniu Frisella z towarzyszeniem Danny'ego Barnesa na banjo, harmonijce i innych wynalazkach oraz Keitha Lowe na basie. Oprócz kompozycji Frisella znalazło się miejsce na kilka standardów. I choć płyta nie jest bezpośrednio przełożeniem "Floratone" na amerykański folk rodem z Apallachów (co i nie dziwne, bo brakuje połowy zespołu "Floratone"), to jest w niej podobny duch i nastrój, podobna niespieszność i wolność, w sensie swobody i odwagi patrzenia z uwagą, dokąd to muzyka zaprowadzi.A banjo i Lee Townsend prowadzą do ostatniej dziś płyty, chyba najbardziej w tym zestawie zaskakującej.
Jayme Stone pochodzi z Kanady a gry na banjo uczył się u najlepszych - Béli Flecka (nie przyjmującego zazwyczaj uczniów) oraz jego nauczyciela, Tony'ego Trischki. Występował w zespole Tricycle a następnie w roku 2007 wydał świetny solowy album "The Utmost". Wiosną tego samego roku udał się na stypendium do Mali w zachodniej Afryce, gdzie natknął się na muzyków grających na instrumentach, od których pochodzi dzisiejsze banjo - konou i ngoni, oraz na korze. W efekcie tej podróży i wzbudzonej nią fascynacji powstała płyta "Africa to Appalachia", wyprodukowana przez Lee Townsenda, nagrana z udziałem wirtuoza kory Mansy Sissoko i grającego na skrzypcach Casey Driessena, którego pamiętamy ze Sparrow Quartet. Mała próbka:Świetna płyta. Pierwsze skojarzenia to "Talking Timbuktu" pochodzącego również z Mali Alego Farka Toure i Ry Coodera, ale tu jest dużo więcej. Stone dosłownie przenosi kawałek Afryki w kontekst amerykańskiego folku (będącego przecież dziedzictwem nie tyle jego samego, co jego instrumentu) i tworzy z tego zupełnie nową jakość. Płyta ma tę rzadką cechę - słucha się jej niezwykle lekko a jednocześnie jest złożona, bogata w pomysły, faktury, dźwięki... zupełnie jak "Tales From The Acoustic Planet" Flecka. I tu świat znowu się kurczy, bo pojawia się niepokojąca myśl, że były uczeń nieco ukradł Fleckowi temat jego najnowszej płyty, "Tales From The Acoustic Planet III: The Africa Sessions", o której pisałem poprzednim razem. I co z tego, że Fleck zaczął wcześniej i dłużej mu to zajęło - Stone pierwszy uderzył swoją płytą na rynek i projekt Flecka siłą rzeczy będzie do niej porównywany. Za Fleckiem stoi co prawda przewaga doświadczenia i dużej wytwórni, ale pierwszeństwo odbioru wyrównuje szanse - tym ciekawiej będzie porównać te płyty, gdy "Tales III" w końcu się pojawi; może okazać się, że uczeń przerósł mistrza.
A w ramach wisienki na torcie z okazji małego świata dodajmy tylko, że punkt kulminacyjny pierwszej płyty "Tales..." Flecka i jeden z najpiękniejszych na niej utworów nazywa się... "Jayme Lynn".
wtorek, 20 stycznia 2009
wróble grają na banjo (w Chinach i Afryce też)
Na Abigail Washburn natknąłem się podczas szukania w czym to Béla Fleck prócz swoich solowych projektów i płyt nagranych z The Flecktones maczał jeszcze swoje zdolne palce. Fleck bowiem prócz grania na banjo w przedsięwzięciach firmowanych jawnie swoim nazwiskiem produkuje również płyty różnych artystów, czasem gościnnie na nich występując. Tak było z Alison Brown, na której albumie "Fair Weather" z roku 2000 nagrali wspólnie ścieżkę "Leaving Cottondale", nagrodzoną później Grammy w kategorii "najlepszy instrumentalny utwór country"; tak też jest z inną grającą na banjo i śpiewającą dziewczyną, Abigail Washburn. Fleck wyprodukował jej debiutancką solową płytę "Song of a Travelling Daughter" (Nettwerk, 2005) i zagrał na niej w paru utworach. Współpraca ułożyła się na tyle dobrze, że wkrótce zespół Abigail ograniczony został do kwartetu - oprócz dwojga artystów grających na banjo są jeszcze Ben Sollee na wiolonczeli i Casey Driessen na skrzypcach, również występujący na "Song..." - i pod szyldem "Abigail Washburn & The Sparrow Quartet" wydali pod koniec ubiegłego roku fenomenalny krążek, którym tak skrótowo acz szczerze zachwyciłem się w poprzedniej notce.
Płyty Abigail podpadają pod moją ulubioną kategorię, czyli nagrań, których nie sposób skategoryzować - próba wciśnięcia ich w jakąkolwiek szufladkę z konkretną nazwą jest niezmiennie krzywdząca i upraszczająca. Po pierwsze, znajdą się tutaj rzecz jasna utwory pochodzące z tradycji amerykańskiego folku ("Who's Gonna Shoe", "Banjo Picking Girl"). Po drugie, mnóstwo też tu utworów ocierających się o styl, którego wykonawców nazywa się za Atlantykiem "singer-songwriter" - po polsku możnaby powiedzieć "bardowie", gdyby nie fakt, że pod tę kategorię podpadają zarówno Bob Dylan jak i Joni Mitchell, Paul Simon, Joan Baez i Ani DiFranco; do tej drugiej kategorii zaliczyć można "Great Big Wall of China", ale i własne, minimalistyczne (tylko głos - ale jaki! - i banjo) wykonanie "Nobody's Fault But Mine". Są też zaskakujące kompozycje inspirowane muzyką chińską i śpiewane przez Abigail po mandaryńsku (artystka spędziła parę lat w Chinach i od tamtej pory jest zafascynowana tamtejszą kulturą). Sam tytułowy dla pierwszej płyty utwór "Song of a Travelling Daughter" jest parafrazą klasycznego chińskiego wiersza, którego tytuł w angielskim przekładzie brzmi "Song of a Travelling Son". Na "Sparrow Quartet" jest natomiast "Kangding Qingge":Jakby tego było mało, prawie każdy utwór to bogato zaaranżowana perełka odwołująca się do stylu new acoustic, w którego tworzeniu i redefiniowaniu na początku lat 90' Fleck miał przecież znaczący udział (i w sumie wciąż ma, z każdą kolejną wydaną płytą). I jak zwykle na płytach związanych z tym nurtem zadziwia ogromna energia płynąca z utworów mimo braku jakichkolwiek instrumentów perkusyjnych, i to jak wybrane instrumenty (lub ich grupy) w różnych momentach wymieniają się funkcją sekcji rytmicznej - świetnie słychać to we wspaniałym "Strange Things" z płyty "Sparrow Quartet", najlepszym chyba utworze tego CD, ale też w "A Fuller Wine" z tego samego krążka:
Z ciekawostek warto jeszcze zwrócić uwagę na technikę gry na banjo, stosowaną przez Abigail, zupełnie różną od tego, co robi Béla Fleck. Podczas gdy Fleck używa tzw. "techniki trzech palców", w której struny szarpane są specjalnymi pazurkami zakładanymi na trzy palce prawej ręki, Abigail raczej uderza niż szarpie struny i robi to bezpośrednio za pomocą paznokci (technika "clawhammer"). W efekcie dźwięk banjo Flecka jest krystalicznie czysty, podczas gdy banjo Abigail brzmi bardziej matowo i pełni rolę głównie podkładu rytmicznego - dzięki czemu pomysł zespołu zawierającego 2x banjo, skrzypce i wiolonczelę okazuje się być równie sensowny, co dwie gitary, perkusja i bas.
Skoro już mowa o Flecku, to trzy radosne wiadomości z akustycznej planety.Po pierwsze, długo oczekiwany projekt - podróż Flecka do Afryki ("Throw Down Your Heart - Béla Fleck takes banjo back to Africa") i związane z tym sesje z udziałem tamtejszych muzyków oraz film kręcony w trakcie tej podróży - stanie się wreszcie dostępny dla szerszej publiczności, i to już w marcu. Film był do tej pory pokazywany tylko na festiwalach filmowych w USA, ale ma wkrótce zostać wydany na DVD - pewnie będzie to jedyna możliwość obejrzenia go w Polsce, chyba że ktoś wpadnie na pomysł ściągnięcia go tu np. na jakiś przegląd filmów dokumentalnych. Co ważniejsze, materiał muzyczny z sesji zorganizowanych w Afryce ukaże się wkrótce na oficjalnej płycie, zatytułowanej - uwaga - "Tales from the Acoustic Planet III: The Africa Sessions". Biorąc pod uwagę dwie poprzednie części "Tales..." można być spokojnym - jak zwykle czekamy na materiał z najwyższej półki.
Pomysł Flecka polegał na tym, by poszukać w Afryce, kolebce banjo, instrumentów mogących być pierwowzorem jego własnego oraz muzyków na nich grających, i znaleźć miejsce dla dzisiejszego banjo w muzyce jego przodków. Już udostępnione fragmenty muzyczne budzą dreszcz na plecach - wygląda na to, że udało mu się całkowicie. Efekt jest tym piękniejszy, że Fleck nie stroi się na gwiazdora, który przyjechał pograć z nieznanymi nikomu muzykami - traktuje ich twórczość i dziedzictwo z głębokim szacunkiem i pokorą i faktycznie, stara się dopasować siebie i swój instrument do zastanej kultury bardziej niż zrobić z nich tło dla swoich wirtuozerskich popisów (o co byłoby łatwo).
Więcej informacji na stronie tego projektu: Throw Down Your Heart - są sample muzyczne i trailer filmu.
Po drugie, szykują się koncerty trio w składzie Béla Fleck, Edgar Meyer i Zakir Hussein, po czym również powstanie płyta, prawdopodobnie na podstawie zarejestrowanych koncertów uzupełnionych materiałem studyjnym. Poprzednio współpraca Flecka i Meyera zaowocowała płytą "Music For Two" (Sony, 2004) - zapisem ich wspólnych tras koncertowych (panowie grają razem już wiele lat i są prywatnie bliskimi przyjaciółmi). Płytą świetną, choć nieco przeintelektualizowaną - istnieje szansa, że w poszerzonym składzie, gdzie artyści nie będą w stanie przewidzieć każdego swojego ruchu, da się tego uniknąć.
Po trzecie, prawie cała ubiegłoroczna trasa koncertowa duetu Flecka z Chickiem Coreą (zahaczyła również o Polskę w ramach JVC Jazz Festival) została zarejestrowana i ma z tego być jakieś wydawnictwo. Panowie nie uzgodnili jeszcze podobno czy wydadzą jeden najlepszy koncert w całości, czy wybiorą po najlepszym wykonaniu każdego z utworów z wszystkich nagranych koncertów - mniejsza z tym, grunt że będzie dobra płyta "na żywo", uzupełniająca świetny CD "Enchantment" (Universal, 2008) tego duetu.
Na koniec ciekawostka: z ostatniego pobytu w Polsce Fleck na swoim blogu nie ma zbyt miłych wspomnień - rozwodzi się głównie nad tym, jak to przytrzasnął sobie palec drzwiami w hotelu. Wspomina również Salę Kongresową i fakt, że dziesięć lat wcześniej występował tam z Flecktonami (Warsaw Summer Jazz Days, bodaj w 1996). Wpis kończy się smutnym stwierdzeniem, że na pytanie Chicka o obecnych na sali bandżystów widownia odpowiedziała głuchą ciszą. Faktycznie, rozejrzałem się - Staśka Wielanka nie było wśród publiczności.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Słowa - klucze
#americana
#classical
#electro
#jazz
#new acoustic
#nujazz
#post-rock
#world
*ACT
*ArtistShare
*Blue Note
*ECM
*Ninja Tune
*Nonesuch
*Rockers
*Rounder
*Samadhi
*jazzland
- d(^-^)b -
-koncerty-
Abbie Gardner
Abigail Washburn
Anthony da Costa
Arvo Pärt
Bill Frisell
Bugge Wesseltoft
Béla Fleck
Cuong Vu
David Sylvian
Edgar Meyer
Enya
Gabriela Montero
Jaga Jazzist
Jayme Stone
Joanne Shenandoah
Lars Danielsson
Lee Townsend
Mari Boine
Nils Landgren
Nils Petter Molvær
Pat Metheny
Steve Jansen
Steve Tibbetts
The Cinematic Orchestra
Tides From Nebula
Ulf Wakenius
Wolfgang Haffner
e.s.t.
