Między innymi strunami

Między stronami

Rating My Music

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bill Frisell. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bill Frisell. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 9 lutego 2009

skojarzenia to przekleństwo

Czasami zdarzają się płyty, które skupiają jak w soczewce jakiś kawałek muzycznego świata. Każdy utwór na takim krążku budzi skojarzenia, każe co i raz rzucić się między płyty w poszukiwaniu tego podobnego utworu czy nawet nastroju, zamienia słuchacza w tropiciela z pilotem jak strzelbą w ręku. Jeszcze rzadziej trafia się płyta, która dodatkowo broni się sama w sobie, gdy początkowy zachwyt okrzepnie a wszystkie mgliste skojarzenia rozwiążą się już w konkretne tytuły. A tu proszę - dwa takie nagrania w ciągu miesiąca.

Szukając płyt z udziałem Billa Frisella natknąłem się na Davida Sylviana, wokalistę popularnej pod koniec lat 70'tych glam-rockowej grupy Japan. Po rozwiązaniu zespołu na początku lat 80'tych Sylvain rozpoczął solową karierę a na jego płytach przewijają się gwiazdy awangardy i współczesnego jazzu - Robert Fripp ("Damage"), Bill Frisell, Kenny Wheeler, Marc Ribot ("Dead Bees on a Cake", 1999) a także gitarowi eksperymentatorzy Derek Bailey i Christian Fennesz ("Blemish", 2003). Głęboki, magnetyczny głos Sylviana, doprawiony gwiazdorską obsadą wart jest poświęcenia paru godzin na bliższe poznanie - zadowoleni będą zarówno miłośnicy samych sidemanów, ale też np. fani progresywnego art-rocka spod znaku projektu No-Man Stevena Wilsona czy Roberta Frippa. Warto zajrzeć, choć w sumie bez rewelacji.

Pod koniec roku 2007 ukazał się natomiast nakładem założonej przez Sylviana wytwórni Samadhi Records album "Slope" niejakiego Steve'a Jansena, wcześniej perkusity Japan, prywatnie brata Sylviana (obaj panowie noszą w rzeczywistości nazwisko Batt). I jeśli istnieje jeden, niepodważalny powód, dla którego warto było zgłębić działalność byłego wokalisty Japan, to jest nim właśnie ta płyta.

To przedziwna, pozornie chaotyczna mieszanka elektroniki, popu, rocka, nastrojowych i lirycznych ballad, ambientowych pejzaży i filmowych zgoła podkładów zaaranżowanych na orkiestrę. Mnóstwo gości - Sylvian, Tim Elsenburg, Anja Garbarek czy Joan "As Policewoman" Wasser. Jansen jako kompozytor, perkusista i programista dźwięku skutecznie dba o spójność projektu, ale i o przestrzeń pozwalającą każdemu z wykonawców na wyrażenie siebie. Efekt jest fantastyczny - utwór śpiewany przez Anję Garbarek spokojnie mógłby dopełnić jej płyty, ale stanowi też spójną całość z pozostałymi ścieżkami ze "Slope"; podobnie w przypadku pozostałych gości. Utwory intstrumentalne dopełniają całości, od dryfującego gdzieś pomiędzy múm a Nilsem Petterem Molvaerem, otwierającego płytę "Grip", poprzez przywodzący na myśl Craiga Armstronga "December Train" aż po dziwny, niepokojący, minimalistyczny "A Way of Dissapearing". Zaskakującą perełką jest drugi na płycie "Sleepyard" z udziałem Tima Elsenburga z Sweet Billy Pilgrim, początkowo nieco monotonny rozbłyska nagle w 2'30" - znikąd pojawia się przywodząca na myśl Molvaera trąbka, prowadząca do progresji z udziałem dętej blachy i smyczków; to jeden z tych niezapomnianych muzycznych momentów klasy 17 minuty utworu Echoes grupy Pink Floyd (w oryginalnym wykonaniu z LP "Meddle") - dreszcz na plecach gwarantowany.

Ten sam efekt zapewniają Abbie Gardner i Anthony da Costa na swojej płycie "Bad Nights/Better Days", wydanej w roku 2008. Pozornie są z zupełnie innej muzycznej bajki - oboje grają na gitarach akustycznych i śpiewają, pojawiają się też skrzypce, mandolina, dobro, banjo, niedbale nagrana perkusja a czasem nawet lekko przesterowane gitary. I znów kalejdoskop skojarzeń - od czystego amerykańskiego folku w stylu Alison Krauss ("Crazy in Love"), poprzez bardziej energiczne granie analogiczne do rodzimych, co lepszych dokonań Lipnickiej i Portera ("Red Barn"), rzewne utwory Damiena Rice'a ("On My Knees" zupełnie jak jego "The Blower's Daugther" czy "Cannonball", znane ze ścieżki dźwiękowej do filmu "In Good Company") aż po duety ("Someday", "I Feel Like Dancin'") przypominające piosenki Glena Hansarda i Markety Irglovej z płyty "Swell Season" (i filmu "Once"); zaskakuje "Someday", z linią melodyczną zwrotki niemal identyczną z "Famous Blue Raincoat" Leonarda Cohena, lecz o wiele bardziej energiczna w refrenie; zadziwia wachlarz uczuć i dynamiki - od wyciszenia i lirycznego szeptu aż po energię rodem z Nickel Creek (choć bez ich niekiedy męczącej technicznej biegłości). W sumie 13 piosenek z naprawdę wysokiej półki.

I choć obie opisywane płyty raczej nie stanęłyby koło siebie w żadnym sklepie muzycznym, warto posłuchać ich obok siebie. Mają tę samą moc chwycenia gdzieś głęboko, każą wracać do siebie, otwierają głowę na szukanie skojarzeń a jednocześnie są dalekie od wtórności. Po przesłuchaniu ich raz, drugi trzeci nagle staje się oczywiste, że istnieje taka półka, na której należałoby postawić je razem - po prostu nikt jej jeszcze nie nazwał.

czwartek, 29 stycznia 2009

świat jest Mali

Jest pewna grupa artystów, do których niegasnąca słabość pozostała mi jeszcze z czasów liceum, kiedy to wieczorami słuchałem Trójki i Radia Jazz (RIP), nagrywając audycje na taśmy i sklejając sobie z tego potem różne składanki. Do dziś regularnie sprawdzam, co też nowego nagrali, niezależnie od tego czy kolejne nagrania wciąż potrafią na dłużej zainteresować czy też nie. Poza tym oraz faktem, że zazwyczaj zalicza się ich do szeroko rozumianego jazzu, wydawać by się mogło, że dzieli ich prawie wszystko: Oregon, Bugge Wesseltoft, John Zorn, Bill Laswell, Buckethead, Béla Fleck, Pat Metheny, Cassandra Wilson, Bill Frisell... okazuje się jednak, że świat jest czasem dużo mniejszy, niż może się wydawać.

Jedna z ostatnich płyt Frisella, "Floratone" (Blue Note, 2007), pod względem ilości odtworzeń plasuje się u mnie w ścisłej czołówce zestawienia za rok 2008 - a na wiadomość o niej trafiłem zupełnym przypadkiem, skacząc od strony do strony. Krążek jest niezwykły nie tylko ze względu na muzykę. W skład zespołu oficjalnie wchodzą: Bill Frisell (gt), Matt Chamberlain (dr, pc) oraz Tucker Martine i Lee Townsend, którzy muzykami nie są, a płytę 'jedynie' produkowali - mieli jednak tak znaczący wpływ na jej ostateczny kształt i brzmienie, że okazali się ważniejsi od sidemanów - Viktora Kraussa (ac.+el. b), Rona Milesa (kornet) i Eyvinda Kanga (v, viola).
O procesie powstawania płyty i idei, która za nią stała, mówią sami artyści w filmie promującym to wydawnictwo (w tle słychać rzecz jasna fragmenty z płyty):



Słucha się tego rewelacyjnie. Jeśli by próbować określić przynależność gatunkową "Floratone", to należałoby chyba wskazać blues (ma to odzwierciedlenie choćby w tytułach: "Misissippi Rising", "Swamped", "Luisiana Lowboat") - ale co to za blues... Powolny, gęsty, nieustępliwy, głęboko podbity groove'm perkusji Chamberlaina i podkładów Frisella, z gitarą przebijającą w wyższych rejestrach jak słońce pomiędzy gęstymi koronami drzew w gorący, wilgotny dzień. Muzyka sunie dostojnie jak statek po Misissippi a dźwiękowe krajobrazy, pozornie tylko leniwe, przepływają obok - stylistycznie jednorodne ale dalekie od monotonii (krokodyle przesuwają się powoli wzdłuż brzegu)...
I znów problem z kategoryzacją. Współpracujący z Frisellem od wielu lat (i płyt) Lee Townsend określa tę muzykę jako "futuristic roots music" i faktycznie - zarówno Chamberlain jak i Frisell intensywnie korzystają z loopów i innych dobrodziejstw elektroniki, nadając "Floratone" dodatkowy wymiar. Zasługą zapewne Townsenda i Martine'a jest natomiast fakt, że całość jest niezwykle spójna - elektornika nie gryzie się a zlewa w sposób zupełnie niewidoczny z żywą muzyką jak w alchemicznym tyglu. Efekt jest jedyny w swoim rodzaju.

Frisell właściwie od samego początku swojej kariery oprócz projektów stricte jazzowych pokazuje na przemian dwa oblicza - z jednej strony uczestniczy w awangardowych projektach (np. Naked City Johna Zorna), z drugiej przemyca do 'swojego' jazzu coraz więcej amerykańskiego folku - "Floratone" należy raczej do tego drugiego nurtu, choć w ramach americana music zdecydowanie nie jest płytą ortodoksyjną.
Nie dziwią więc również gościnne występy Frisella na różnych płytach, tak folkowych jak i awangardowych, a za taką należy uważać "It's Mostly Residual" (ArtistShare, 2005) pochodzącego z Wietnamu trębacza, Cuonga Vu.

Cuong Vu zaistniał dla szerszej publiczności od roku 2002, kiedy to dołączył wraz z grającym na harmonijce ustnej Gregoire Maretem do nowego składu Pat Metheny Group, z którą nagrał do tej pory dwie płyty - "Speaking of Now" (Warner Bros./WEA 2002) i "The Way Up" (Nonesuch, 2005). Obaj panowie są w PMG "tymi, co stoją z tyłu" i oprócz swoich własnych instrumentów obsługują to wszystko, co buduje specyficzne brzmienie grupy, a co znajduje się w tle - różnego rodzaju podkłady, przeszkadzajki i chórki. I o ile na pierwszej z tych płyt Vu pobrzmiewa jeszcze nieco nieśmiało, o tyle mam wrażenie, że płytę "The Way Up" trochę Methenemu ukradł - jego żywe, nieprzewidywalne, jednocześnie liryczne i drapieżne sola brzmią tak wyraziście, że gitarowe popisy frontmena wypadają przy nich blado. To dla trąbki warto posłuchać "The Way Up".

Wracając do solowej twórczości Vu - "It's Mostly Residual" to przedziwna mieszanka jazzu, elektronicznego ambientu i awangardy, podlanej gdzieniegdzie funkowym podkładem. Trąbka Vu i o wiele bardziej niż na "Floratone" rozproszona elektroniką gitara Frisella przeplatają się i tańczą na podkładzie rytmicznym, nie gorszym niż na "Floratone". Tytułowy utwór brzmi niemalże jak pomost między tymi dwiema płytami - dorzuciłem go w odtwarzaczu tak, by kończył "Floratone", całość brzmi fantastycznie.

I tutaj zaczyna wychodzić na jaw, jak mały jest ten muzyczny świat. Bill Frisell i Pat Metheny studiowali przecież razem w Berklee School of Music u Jima Halla, obaj też swoje kariery muzyczne zaczęli w ECM i tam nagrali swoje pierwsze solowe płyty. Ponoć debiut Frisella w ECM nastąpił, gdy Metheny polecił go perkusiście Paulowi Motianowi w zastępstwie, sam nie mogąc zagrać na jego płycie "Psalm". Teraz, po latach, Frisell już z zupełnie innej pozycji wzbogaca solową płytę trębacza PMG. A inna rzecz, że "The Way Up" zostało wydane w 'stajni' Frisella, Nonesuch Records.

Inna płyta Frisella, która ma z kolei szanse na wysokie miejsce w zestawieniu za rok bieżący, to "The Willies" (Nonesuch, 2002), wyprodukowana jak zwykle przez Lee Townsenda. To już czysta americana w wykonaniu Frisella z towarzyszeniem Danny'ego Barnesa na banjo, harmonijce i innych wynalazkach oraz Keitha Lowe na basie. Oprócz kompozycji Frisella znalazło się miejsce na kilka standardów. I choć płyta nie jest bezpośrednio przełożeniem "Floratone" na amerykański folk rodem z Apallachów (co i nie dziwne, bo brakuje połowy zespołu "Floratone"), to jest w niej podobny duch i nastrój, podobna niespieszność i wolność, w sensie swobody i odwagi patrzenia z uwagą, dokąd to muzyka zaprowadzi.

A banjo i Lee Townsend prowadzą do ostatniej dziś płyty, chyba najbardziej w tym zestawie zaskakującej.

Jayme Stone pochodzi z Kanady a gry na banjo uczył się u najlepszych - Béli Flecka (nie przyjmującego zazwyczaj uczniów) oraz jego nauczyciela, Tony'ego Trischki. Występował w zespole Tricycle a następnie w roku 2007 wydał świetny solowy album "The Utmost". Wiosną tego samego roku udał się na stypendium do Mali w zachodniej Afryce, gdzie natknął się na muzyków grających na instrumentach, od których pochodzi dzisiejsze banjo - konou i ngoni, oraz na korze. W efekcie tej podróży i wzbudzonej nią fascynacji powstała płyta "Africa to Appalachia", wyprodukowana przez Lee Townsenda, nagrana z udziałem wirtuoza kory Mansy Sissoko i grającego na skrzypcach Casey Driessena, którego pamiętamy ze Sparrow Quartet. Mała próbka:



Świetna płyta. Pierwsze skojarzenia to "Talking Timbuktu" pochodzącego również z Mali Alego Farka Toure i Ry Coodera, ale tu jest dużo więcej. Stone dosłownie przenosi kawałek Afryki w kontekst amerykańskiego folku (będącego przecież dziedzictwem nie tyle jego samego, co jego instrumentu) i tworzy z tego zupełnie nową jakość. Płyta ma tę rzadką cechę - słucha się jej niezwykle lekko a jednocześnie jest złożona, bogata w pomysły, faktury, dźwięki... zupełnie jak "Tales From The Acoustic Planet" Flecka. I tu świat znowu się kurczy, bo pojawia się niepokojąca myśl, że były uczeń nieco ukradł Fleckowi temat jego najnowszej płyty, "Tales From The Acoustic Planet III: The Africa Sessions", o której pisałem poprzednim razem. I co z tego, że Fleck zaczął wcześniej i dłużej mu to zajęło - Stone pierwszy uderzył swoją płytą na rynek i projekt Flecka siłą rzeczy będzie do niej porównywany. Za Fleckiem stoi co prawda przewaga doświadczenia i dużej wytwórni, ale pierwszeństwo odbioru wyrównuje szanse - tym ciekawiej będzie porównać te płyty, gdy "Tales III" w końcu się pojawi; może okazać się, że uczeń przerósł mistrza.

A w ramach wisienki na torcie z okazji małego świata dodajmy tylko, że punkt kulminacyjny pierwszej płyty "Tales..." Flecka i jeden z najpiękniejszych na niej utworów nazywa się... "Jayme Lynn".