Podziel się

Między innymi strunami

Między stronami

Rating My Music

poniedziałek, 9 marca 2009
Jeszcze w zeszłym tygodniu gotów byłbym założyć się, że wszystkie płyty z wytwórni ECM mają przynajmniej dwie cechy wspólne - legendarną pięciosekundową ciszę rozpoczynającą pierwszy utwór i stosunkowo niski (w porównaniu do innych wytwórni) poziom wysterowania głośności dźwięku. Zakład bym przegrał, ale odkrycie wyjątku od obu reguł - płyty "Yr" Steve'a Tibbettsa (1988, ECM 1355) - rekompensuje to całkowicie.

Aby pojąć o co tu chodzi, trzeba spojrzeć do książeczki na tekst drobnym druczkiem, rok wydania płyty jest bowiem mylący. Płyta ECMu to reedycja - oryginalnie materiał został zarejestrowany w roku 1980 w USA i wydany własnym sumptem przez młodego gitarzystę-eksperymentatora Steve'a Tibbettsa jako jego druga płyta a zarazem praca dyplomowa. Usłyszał ją Manfred Eicher, który zaproponował Tibbettsowi trwającą do dziś współpracę. Dopiero kilka lat później, gdy Tibbetts miał już za sobą trzy kolejne płyty nagrane dla ECMu, postanowiono w tej wytwórni wydać również "Yr". Materiał, wcześniej prawie niemożliwy do zdobycia, trafił do reedycji bez widocznych zmian - te same 38'24" muzyki, brak wprowadzających pięciu sekund ciszy i oryginalny mastering Tibbettsa ze studia w Minneapolis.

Ogarnięcie fenomenu brzmienia tego krążka wymaga zabiegów iście alchemicznych. Weźmy Oregon - ten wczesny, z Colinem Walcottem na tabli, sitarze i perkusjonaliach, pamiętający jeszcze czasy Paul Winter Consort, czyli powiedzmy nie późniejszy niż album "Friends" z 1977 roku. I załóżmy, czysto teoretycznie, że tych długobrodych hipisów-pacyfistów nie interesują przeintelektualizowane, ostentacyjnie metafizyczne 'wolne improwizacje', i że zamiast tego wstąpiła w nich niespożyta energia, płynąca powiedzmy z neopogańskiego kultu Matki Ziemi, celtyckich korzeni, oświecenia doznanego podczas rytualnego tańca gdzieś w wiosce w afrykańskim buszu lub hinduskim aśramie, a najlepiej z tego wszystkiego na raz. Wyrzućmy McCandlessa (dęte drewniane tym razem zbędne), sklonujmy Walcotta (co najmniej dwa razy - muszą być dwie table, konga, sitar i jeszcze trochę perkusji) i Townera (pierwsze dwie gitary), dorzućmy jeszcze Williama Ackermana i kogoś pomiędzy Jeffem Faheyem a Leo Kottke (następne dwie gitary), Michaela Hedgesa (gitara, ale grana tappingiem) oraz na dokładkę Roberta Frippa i Edge'a z U2 na gitarach elektrycznych (gdzieniegdzie). Wstrząsnąć, zamieszać, posłuchać. I paść z wrażenia. I zrozumieć, czemu okładka płyty przedstawia coś, co w pierwszym skojarzeniu przypomina rozsadzone granatem Stonehenge (choć w rzeczywistości ma zapewne związek z tytułem płyty - skandynawską runą Yr/Ur/Urus).

Lektura książeczki przynosi tymczasem kolejną niespodziankę: "Yr" to sześciu wykonawców, wśród których jedynie Tibbetts gra na gitarach, a także na sitarze i kalimbie. Wspomagany jest przez basistę, dwóch tablistów, dwóch perkusistów (conga, bonga, bębny, dzwony, wazy...) oraz overdubbing - technikę umożliwiającą nakładanie na siebie wielu nagranych wcześniej ścieżek, wykorzystywaną standardowo przy nagrywaniu muzyki pop. To dzięki temu Tibbetts był w stanie sklonować się, czasem nawet parunastokrotnie, i tworzyć niezwykłe harmonie gitar akustycznych i elektrycznych; (technicznie skojarzenia biegną od razu do innego człowieka-orkiestry, Mike'a Oldfielda, stylistycznie jest to odniesienie szczęśliwie bardzo dalekie).

"Yr" zadziwiła na wielu płaszczyznach, odpowiadając na pytania i hipotezy stawiane czysto abstrakcyjnie przy okazji słuchania innych płyt. Bo jak brzmiałby mniej delikatny, nie tak eteryczny a ściągnięty nieco na ziemię Michael Hedges? Jak grałby Oregon, gdyby McCandless, Towner, Moore i Walcott wyrastali z tradycji rockowej a nie jazzowej? Jak zgrałyby się instrumentalne fragmenty Pink Floyd z tablą? Jak zabrzmiałoby gitarowe continuo Edge'a na tle aranżacji folkowej? Wystarczy włączyć "Yr" - to wszystko tam jest.

Na szczęście Tibbetts broni się nie tylko samymi skojarzeniami. To po prostu świetna płyta wpadająca gdzieś pomiędzy, folk, rock, world music i new age spod znaku bardziej Windham Hill niż ECM, z elementami improwizacji jazzowej, z niezwykłą energią i świeżością brzmienia zadziwającą prawie trzydzieści lat od nagrania. Ma tylko jedną, poważną wadę - jest zwyczajnie za krótka.

0 komentarze: